Niedziela, 17 stycznia, 2010
Co z prawami autorskimi? (1)
Łukasz Gołębiewski
Żeby sprzedawać książki z czytnika za złotówkę trzeba... najpierw mieć te książki. Gdyby było to takie proste, to pewnie już dawno
Sony Ericsson czy
Nokia wypuściłyby na rynek telefon-czytnik, a operatorzy wprowadziliby e-książki do oferty. Ale proste to bynajmniej nie jest!
Nie jest proste bo ktoś zarządza prawami autorskimi. A ten ktoś to nie są dwie czy trzy organizacje zbiorowego zarządzania, ale dziesiątki tysięcy osób fizycznych i prawnych – autorzy, tłumacze i wydawcy. Stosunkowo prosto jest zaoferować w abonamencie np. usługę GPS bo wydawców map jest kilku, a jedną mapę łatwo zastąpić inną, więc mało istotne dla nadawcy jest od kogo kupuje kontent. Nie trudno też zaoferować przewodnik po mieście, bo choć tu oferta jest bogatsza, to też łatwo zastępowalna. Ale „Harry’ego Pottera” nie zastąpimy „Eragonem”, choćby wydawca tego drugiego używał nie wiem jakich chwytów reklamowych, to każdy wie, że nie są to te same powieści, i nie zaspokajają tych samych czytelniczych potrzeb. Na tym polega bardzo istotna przewaga utworu nad margaryną, czekoladą czy musztardą – utwór jest niepowtarzalny, inne produkty mogą być lepsze lub gorsze, mieć lepiej lub gorzej wypromowane marki, ale są zastępowalne i jeśli akurat w sklepiku za rogiem nie ma mojej ulubionej musztardy Dijon, to kupię Sarepską i też zaspokoję potrzebę.
Aby kultura mogła szerokopasmowo płynąć do odbiorcy, potrzebna jest zgoda właściciela praw – autora, tłumacza, wydawcy, redaktora.
Taką zgodę na sprzedaż kultury w formie plików dostał np. serwis iTunes (muzyka) czy Amazon (książki). Oczywiście jeszcze nie od wszystkich, jeszcze to działa ułomnie, trochę na zasadzie eksperymentu... ale działa coraz sprawniej i nabiera tempa! W ciągu zaledwie pół roku Amazon podwoił liczbę oferowanych e-booków (obniżając cenę czytnika Kindle o 10 proc.). Nie sądzę jednak by Amazon, Google czy ktokolwiek, kto dziś posiada kontent, w przyszłości miał samodzielnie dostarczać szerokopasmowo kulturę. Te firmy nastawione są na innego rodzaju biznes – na sprzedaż jednostkową, na wpływy z reklam. Jest w tym trochę z myślenia osadzonego w dawnych czasach, kiedy kultura miała formę wyłącznie materialną. To myślenie – zdawałoby się logicznie – zakłada, że konsument chce coś określonego. I w wielu przypadkach jest to prawda. Aby jednak kulturę sprzedawać na skalę naprawdę masową, trzeba ją sprzedawać na zasadzie kilograma ubrań z second handu za pięć złotych – bierz, co ci dają, bo tanio, a potem wybierzesz. Trzeba sprzedawać kulturę jako pakiety usług. Trzeba przemodelować nasze myślenie. Dotąd obowiązywała zasada:
kultura = produkt
W nowej ekonomii opartej o opłaty abonamentowe obowiązywać będzie nowa zasada:
kultura = usługa
Ma to kapitalne znaczenie z punktu widzenia kulturalnego biznesu, ale także z punktu widzenia sytuacji samego twórcy. Pojęcie twórcy, a ściśle – ochrony jego praw – wymagać będzie nowej definicji.
Bo trzeba będzie na nowo odpowiedzieć sobie na pytanie: kto jest twórcą? Czy ten, kto popełnił noszący znamiona twórczości utwór jak to obecnie kodyfikuje prawo autorskie? Zapewne, bo jak inaczej definiować, ale co ma być w takim razie utworem? Z punktu widzenia autora może nim być wszystko, i tak to obecnie traktuje prawo, notatka na serwetce w kawiarni, o ile nosi znamiona indywidualnej twórczości, jak najbardziej jest utworem. Blog tym bardziej jest utworem. Zabawny filmik z moją kotką w roli głównej opublikowany na YouTube jest utworem i jeśli rzeczywiście jest zabawny, to na dodatek ma ogromne audytorium. Ale piszemy bloga, wrzucamy utwory na MySpace czy YouTube nie po to by je chronić, lecz by się nimi dzielić. I z tego punktu widzenia choć twórca nadal pozostaje twórcą, a jego autorstwo pozostaje autorstwem, to utwory de facto, choć nikt tego nie kodyfikuje, stają się wolne w momencie ich publikacji na szeroko dostępnych płaszczyznach. Szerzej temat ten omówię w następnym rozdziale poświęconym wynagrodzeniom należnym twórcom.