Piątek, 16 października, 2009
Czym jest e-książka? (2)
Łukasz Gołębiewski
Nowe funkcjonalności e-książkiWewnątrztekstowe wyszukiwanie jest moim zdaniem najważniejszą z nowych funkcjonalności książki dystrybuowanej w formie pliku. Nie musimy kartkować, nie musimy przeszukiwać zasobów bibliotecznych, ba... nie musimy nawet czytać całości. Pisałem o tym dość wyczerpująco w
„No Future Book”, odwołując się do przykładów i własnych doświadczeń.
Przypomnę zatem jedynie, że plik tekstowo-graficzny (np.
PDF,
HTML) daje możliwość niemal natychmiastowego odnajdywania dowolnych słów czy fraz. Inteligentne wyszukiwarki internetowe jak
Google potrafią już dziś odmieniać słowa, a w przyszłości będą też potrafiły wychwytywać kontekst, dzięki czemu nie trzeba będzie nawet znać dokładnie ani treści cytatu, ani tym bardziej jego źródła. Pomińmy tu zagadnienie w jaki sposób wpłynie to na kompetencje intelektualne przyszłego konsumenta (zainteresowanych odsyłam do mojej wcześniejszej książki, w której staram się analizować ten problem, choć tak naprawdę nie jesteśmy dziś w stanie przewidywać zmian przyszłych zachowań), skoncentrujmy się natomiast na funkcjonalności. Wewnątrztekstowe wyszukiwanie nie tylko pozwala zaoszczędzić czas, jaki przeznaczylibyśmy na szukanie cytatu w wydaniach papierowych (o ile w ogóle byśmy go znaleźli), ale też – przy wykorzystaniu internetowych baz zasobów jak np.
Google Book Search czy
Europeana – daje nam niemal natychmiastowy i niemal nieograniczony dostęp do dzieł światowego dziedzictwa literackiego. A zatem wewnątrztekstowe wyszukiwanie to nie tylko funkcjonalność, pozwalająca zaoszczędzić masę czasu, ale też szeroko otwarte okno do cyfrowego świata książek.
Hipertekst, czyli możliwość swobodnego poruszania się od jednej partii tekstu do drugiej, np. w encyklopedii oznacza to swobodne przemieszczanie się pomiędzy hasłami, bez kartkowania, bez sięgania po kolejne tomy. Oczywiście znaczenie hipertekstu jest znacznie szersze, przede wszystkim w kontekście hipertekstowych dzieł literackich, ale temu zagadnieniu poświęciłem osobny
rozdział „No Future Book”, nie ma więc sensu powtarzać tych samych argumentów. Hipertekst daje nam nie tylko możliwość szybszego korzystania z zasobów, lecz – co być może jest nawet ważniejsze – pozwala na łatwą naukę czy, mówiąc górnolotnie, poszerza horyzonty, pozwala poruszać się po tekście drogą naszych własnych skojarzeń a nie udeptanym przez autora i ściśle określonym, linearnym szlakiem. Weźmy dla przykładu hasło „Lublin” w
Wikipedii. Hiperlinki kierują nas m.in. do haseł poświęconych: Lubelszczyźnie, województwu lubelskiemu, Małopolsce, Wyżynie Lubelskiej, rzece Wiśle, rzece Bystrzycy, rzece Wieprz, ku wielu innym terminom geograficznym, dalej ku takim postaciom związanym z regionem jak: Władysław Łokietek, Kazimierz III Wielki, Andrzej (biskup kijowski), Jan Kochanowski, Bernard Maciejowski, Elżbieta Sieniawska i wielu, wielu innych. Mamy hasła odsyłające do pojęć historycznych, jak np.: potop szwedzki, Konstytucja III Maja, Królestwo Kongresowe... Ale i do haseł znacznie szerszych znaczeniowo, jak choćby: jarmark, Tatarzy, reformacja, średniowiecze, renesans, schron, baszta czy trolejbus. Oczywiście tych hiperlinków odsyłających do kolejnych haseł są tam setki i nie ma powodu by je wszystkie wymieniać. Tylko z krótkiego biogramu
„Łukasz Gołębiewski” w
Wikipedii jest sześć odnośników do innych haseł (od miasta Warszawy, gdzie się urodziłem po tytuł gazety
„Rzeczpospolita”, gdzie przez dziesięć lat pracowałem), a do tego trzy linki zewnętrzne odsyłające zainteresowanych do innych stron internetowych. Czyż to nie kapitalnie poszerza wiedzę? Bo i czy komukolwiek, kto w tradycyjnej encyklopedii szukał opisu Lublina przyszło do głowy by czytać czym są trolejbusy?
Kopiowanie i kompilowanie to – z punktu widzenia młodego odbiorcy – niesłychanie ważne elementy cyfrowej kultury. Na naszych oczach rodzi się kultura kompilacji (sampling, mashup, miksowanie, kolaż i inne formy łączenia kilku utworów w nową całość publikowaną potem na blogach, podcastach i innych nowych płaszczyznach służących do „wyrażania siebie”). Dotyczy to nie tylko muzyki (didżeje coraz głośniej domagają się swoich praw twórczych), ale przecież także filmu (wystarczy zobaczyć co się dzieje na
YouTube, platformie służącej w znacznym stopniu wymianie filmów i wideoklipów – ogromną część stanowią produkcje amatorsko zmontowane w prostych programach do obróbki obrazu wideo). Ale przecież także dotyczy to utworów literackich, dla których zupełnie nową płaszczyzną nie tylko ekspresji, ale i promocji, staje się blog. I temu zagadnieniu poświęciłem sporo miejsca w
„No Future Book”, więc o istocie blogu nie będę się rozpisywał. Z magicznych funkcji CTRL+C, CTRL+V, czyli kopiuj i wklej, korzystają dzisiaj wszyscy, nie tylko ludzie młodzi, nie tylko użytkownicy blogów. Jest to funkcjonalność pozwalająca oszczędzać czas, a zarazem wiernie odwzorowywać oryginał. Korzystają z niej uczniowie, twórcy, naukowcy, korzystamy pisząc list, albo chcąc zapamiętać interesujące nas fragmenty tekstu. Możliwość kopiowania przyspiesza proces tworzenia i nauki, ułatwia wymianę myśli. Jednocześnie ogromnie zyskują na wartości wszystkie utwory zachowane w formie cyfrowej. W erze powszechnej kompilacji utwór analogowy, utwór materialny (np. zadrukowany papier), przegrywa konkurencję z plikiem gdyż jest niefunkcjonalny. Papierowy dokument trzeba najpierw zdigitalizować, a to zabiera czas (przepisywanie lub skanowanie w przypadku tekstu). Zauważmy, że obecnie trwa wielki proces digitalizacji wszystkich dzieł, które powstały przed erą cyfrową (sam cierpliwie skanowałem i wklejałem do plików dziesiątki własnych tekstów, których nie miałem w innej postaci niż papier, po to by móc je ponownie udostępnić odbiorcom). Dopiero od niedawna doceniliśmy znaczenie cyfrowych archiwów, które w szybkim czasie zastąpią archiwa dokumentów papierowych – dziś niefunkcjonalnych, trudnych w przeszukiwaniu, trudnych w kopiowaniu. Każdy niemal nowy dokument ma swój pierwowzór w formie zapisu cyfrowego (dotyczy to nie tylko wszystkich praktycznie nowych książek i artykułów prasowych, ale w coraz większym stopniu także: prywatnych notatek, listów czy nawet wypracowań szkolnych). Coraz trudniej nam myśleć analogowo. Znacznie większe trudności mamy ze skupieniem, siedząc przed czystą kartka papieru niż przed monitorem komputera. Także pod tym względem digitalizacja przyspiesza proces twórczy. A dodajmy jeszcze do tego, że coraz trudniej wyobrazić sobie pracę twórczą bez bycia non stop on-line, bez ciągłego dostępu do Internetu (zasoby archiwalne, encyklopedie, słowniki itp. oraz możliwość błyskawicznej wymiany myśli przez pocztę elektroniczną czy komunikatory). Gdy dołożymy do tego łatwy dostęp do książek w formie elektronicznej, wówczas może się okazać, że bez komputera nie jesteśmy w stanie twórczo uczestniczyć w kulturze i nauce.
Globalny zasięg jaki dają nam Internet i technologie mobilne w połączeniu z digitalizacją zbiorów sprawia, że praktycznie w zasięgu ręki i bardzo często za darmo są dostępne zarówno najnowsze badania naukowe, jak i serwisy informacyjne, blogi i edytoriale wielkich gazet, komentarze i prywatne opinie. Dziś możemy czytać treści publikowane w dowolnym zakątku kuli ziemskiej, o ile tylko znamy język angielski, gdyż bezpłatne narzędzia
Google tłumaczą teksty z większości języków na angielski. Oczywiście także w drugą stronę – możemy udostępniać nasze myśli ludziom z całego świata, nawet jeśli na swoich stronach WWW publikujemy w języku polskim. Mało tego, bezpłatne narzędzie
Google Translate już dziś tłumaczy praktycznie z dowolnego języka na dowolny język, czyli od biedy możemy nawet nie znać żadnego, poza ojczystym, języka by uczestniczyć w globalnej komunikacji. Na razie to narzędzie jest bardzo ułomne w przypadku tłumaczeń na inne języki niż angielski (w praktyce na razie otrzymujemy bełkot), stale jest jednak udoskonalane, w dodatku przez samą społeczność internetową (funkcja wbudowana w
translator Google:
Suggest a better translation). Zapewne już niebawem będziemy mogli swobodnie czytać dowolny tekst w Internecie tłumaczony na nasz własny język (niestety, z pewnością odbędzie się to ze szkodą dla nauki czytania w obcych językach).
Inne nowe właściwości już nie są tak bardzo istotne, niemniej są to kolejne elementy przewag konkurencyjnych pliku nad zadrukowanym papierem. Wymieńmy je po kolei: możliwość tworzenia własnych notatek dopiętych do oryginalnego tekstu (możliwe i w wersji analogowej, ale bez funkcjonalności łatwego wyszukiwania i kopiowania), możliwość powiększania lub zmiany czcionki (funkcjonalność dla osób słabiej widzących), coraz częściej też możliwość przetworzenia tekstu na syntezę mowy (przydatne nie tylko dla niewidomych, ale też dla dzieci), wreszcie możliwość szybkiej zamiany formy cyfrowej na analogową (domowa drukarka). Oczywiście nie są to przewagi istotne, dlatego zebrałem je na końcu. „Niech jeszcze i to”, jak zwykł mawiać Benedykt Korczyński gdy widział, że stary świat rozpada się na jego oczach.