Sobota, 10 kwietnia, 2010
Wynagrodzenie twórcy (1)
Łukasz Gołębiewski
Zanim przejdziemy do tego jak wynagradzać twórców w szerokopasmowym obiegu kultury, warto jeszcze na moment zatrzymać się nad pojęciem utworu. Pojęciem o tyle istotnym z punktu widzenia przyszłości kultury, że publikowanie i tworzenie jest obecnie łatwiejsze niż kiedykolwiek wcześniej w dziejach sztuki i nauki.
Utworem w rozumieniu prawa autorskiego nazywamy każdy przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze, ustalony w jakiejkolwiek formie, niezależnie od wartości, przeznaczenia i sposobu wyrażenia. Zgoda, ale jak traktować utwór w sytuacji, w której kulturę przestajemy traktować w kategoriach przedmiotu, a zaczynamy traktować jako usługę?
Nie przypadkowo w prawie autorskim prawa przynależne twórcy określane są jako „dobra niematerialne”, choć rzecz jasna w dobie kultury cyfrowej terminologia ta nabiera głębszego znaczenia. Zacząć należy jednak od bardzo istotnego z punktu widzenia prawa autorskiego rozdzielenia na prawa osobiste i majątkowe. Prawa osobiste uznają autorstwo utworu i są: niezbywalne, nieograniczone w czasie i nie podlegają dziedziczeniu. Prawa majątkowe są zaś: zbywalne, ograniczone w czasie i dziedziczne. Jeśli chodzi o prawa osobiste nic się w tej materii nie zmienia w momencie zastosowania nowego sposobu transmisji treści, nadal przynależą one autorowi, choć zapewne przyjdzie twórcy pogodzić się z tym, że jego utwór może być wykorzystywany w sposób wykraczający poza przyjęte prawo cytatu – remiksowany, komplilowany, samplowany itp. Dziać się tak będzie przede wszystkim dlatego, że na scenę kultury wkraczają amatorzy w niespotykanej wcześniej skali. Nowe technologie dają amatorom praktycznie te same możliwości, jakimi dysponują profesjonaliści. Każdy może dziś opublikować utwór (zmontować film, nagrać i zmiksować dźwięki, wydać książkę), a koszty tego są minimalne. To samo dotyczy, choć w mniejszym stopniu, nauki. Doskonały przykład na rolę, jaką amatorzy mogą odgrywać w nauce, daje znany amerykański ekonomista
Chris Anderson (jego teorię
„długiego ogona” bardziej szczegółowo omówimy w następnym rozdziale) w tekście pod przydługim tytułem „Nie wolno nie doceniać siły rzeszy amatorów, posiadających możliwości wytwórcze zastrzeżone wcześniej dla zawodowców”. Anderson opisuje m.in. przypadek obserwacji wybuchu gwiazdy, której towarzyszyło zjawisko wyzwolenia energii w formie neutrin. Zjawisko to od dawna jest przedmiotem badań astrofizyków. W 1987 roku wybuch supernowej został niezależnie zarejestrowany przez kilka teleskopów, w tym przez kanadyjskiego amatora
Iana Sheltona oraz Australijczyka
Roberta McNaughta. Obaj zdołali nie tylko zaobserwować wybuch, ale także udało im się zrobić zdjęcia. Poza dwoma amatorami wybuch zarejestrowały jedynie teleskopy w Japonii i Stanach Zjednoczonych. Porównanie wszystkich zdjęć pozwoliło astronomom opisać ważne i niezwykle rzadkie zjawisko. Amatorzy mogli uczestniczyć w tym wydarzeniu, gdyż tanie teleskopy, które można dziś kupić w lepiej zaopatrzonym sklepie technicznym (jak np. Media Markt) znacznie przewyższają swoimi możliwościami profesjonalny sprzęt, jakim posługiwali się zawodowi astronomowie jeszcze na początku XX wieku. To rzecz jasna tylko jeden z przykładów.
Program SETI (poszukiwania inteligencji pozaziemskich) w znacznym stopniu opiera się na współpracy profesjonalistów z amatorami.
Chris Anderson pisze:
W dzisiejszych czasach narzędzia i wzorce do twórczości amatorskiej znajdują się w rękach ogromnej rzeszy ludzi, spośród których część może się jednocześnie poszczycić posiadaniem autentycznego talentu i wizji. Z uwagi na fakt, że narzędzia twórcze rozprzestrzeniają się tak szeroko i trafiają w ręce tak wielu osób, wzrasta rola jednostek rzeczywiście utalentowanych, i to pomimo, że jest ich w całej grupie stosunkowo niewielki odsetek. Technologie oczywiście nie zastępują prawdziwego talentu, ale dają wielkie możliwości przebicia się z własną koncepcją twórczą czy z własnym utworem. Amatorzy z kolei stanowią coraz poważniejszą konkurencję dla profesjonalistów – w szczególności w takich zawodach jak dziennikarstwo, grafika i fotografika, nie mówiąc o informatyce. Coraz częściej też amatorskie (zazwyczaj darmowe) propozycje wcale nie ustępują płatnej ofercie zawodowców.
Oczywiście z punktu widzenia ochrony osobistych praw autorskich nie może mieć znaczenia, czy utwór jest dziełem amatora czy profesjonalisty, czy jest to dzieło wybitne, czy zwykła grafomania. Każdemu przysługują te same prawa do „autorstwa”. Z punktu widzenia biznesu kulturalnego sprawa jednak się komplikuje.