Sobota, 15 maja, 2010
Wynagrodzenie twórcy (2)
Łukasz Gołębiewski
Dotąd jedną z miar wartości dzieła była jego publikacja. Ktoś musiał docenić utwór żeby został on wydany – nie ważne czy w formie książki, płyty czy na taśmie filmowej. Dziś taka ocena nadal jest oczywiście istotna jeśli chcemy publikować w renomowanej firmie, ale na ogromną skalę rozpowszechnia się tzw.
self publishing, czyli wydawanie samemu własnych utworów, bez oglądania się na wydawcę czy recenzenta.
Do tego dochodzą setki tysięcy blogów z dziennikarstwem obywatelskim włącznie, fora internetowe (miliardy pozakładanych kont użytkowników na całym świecie) i inne sposoby prezentacji utworu w Internecie. Skoro amatorzy dzięki technologiom mają te same możliwości publikowania, jakie do niedawna zarezerwowane były dla zawodowców, pojawia się pytanie – czy i jak wynagradzać amatorów?
Jarosław Lipszyc w artykule
„Dobro, zło, prawo autorskie” pisze: W
czasach analogowych, kiedy opublikowanie czegoś było zdarzeniem dość wyjątkowym, prawo autorskie dotyczyło niewielkiej grupy ludzi. Jednak w ciągu kilku ostatnich lat to się zmieniło. Szkoły i uniwersytety, biura, biblioteki, telewizja, gazety, telefony i wszystkie inne narzędzia międzyludzkiej komunikacji – to wszystko w ciągu ostatnich lat uległo digitalizacji.
W efekcie zatarła się różnica między publikacją a innymi rodzajami komunikacji i wymiany informacji. To zaś ma daleko idące skutki. Tradycyjne biblioteki działały, nie zaprzątając sobie głowy prawem autorskim, bo nie wpływało to na sposób udostępniania książek. Jednak w bibliotekach cyfrowych udostępnianie książek niczym nie różni się od publikacji, więc nie znajdziemy w nich większości książek opublikowanych w XX wieku. Użyteczność biblioteki jako instytucji życia społecznego spada. Przykłady można mnożyć – dziś prawo autorskie dotyczy każdego z nas. Działa automatycznie. I zostały nim objęte niemal wszystkie dziedziny życia społecznego. Zazwyczaj ze złym skutkiem. (
„Gazeta Wyborcza” nr 169/2008)
Wracamy do kwestii praw majątkowych. Obecnie ich czas obowiązywania trwa przez cały okres życia twórcy a także przez 70 lat od jego śmierci (wówczas przysługują spadkobiercom). Warto tu zauważyć, że tak długi czas obowiązywania praw majątkowych obowiązuje stosunkowo od niedawna. W Polsce ustawa o prawie autorskim z 2000 roku wydłużyła okres ochrony o 20 lat – z 50 do 70 (w Stanach Zjednoczonych nastąpiło to w 1998 roku). Wcześniej – do 1994 roku – okres ochrony wynosił 25 lat. W ciągu zaledwie sześciu lat w Polsce okres, w którym spadkobiercom przysługuje wynagrodzenie z tytułu autorskich praw majątkowych wydłużył się niemal trzykrotnie. To samo działo się oczywiście w innych krajach. Znakomity specjalista w dziedzinie prawa autorskiego,
Lawrence Lessig tak pisze o sytuacji w prawie amerykańskim:
Poczynając od 1962 roku, Kongres zmienił podejście do prawa autorskiego: 11 razy w ciągu ostatnich 40 lat przedłużał okres ochrony obowiązujących praw autorskich; dwukrotnie Kongres przedłużył okres ochrony przyszłych praw autorskich. (...) Skutkiem tych przedłużeń jest odsunięcie lub opóźnienie przejścia utworów do domeny publicznej. To ostatnie przedłużenie oznacza, że domena publiczna została odsunięta w ciągu 39 lat o 55 lat, innymi słowy, od 1962 roku o 70 proc. czasu. (
Lawrence Lessig „Wolna kultura”)
Jak widać, podejście do ochrony autorskich praw majątkowych zmieniało się w ostatnich latach i stawało coraz bardziej rygorystyczne, pozbawiając tymczasowo domenę publiczną m.in. dostępu do utworów
Antoine de Saint-Exupéry,
Lucy Maud Montgomery czy tłumaczeń
Tadeusza Boya Żeleńskiego. Stało się tak wbrew oczywistemu interesowi społecznemu, w wyniku nacisków potężnego lobby amerykańskich producentów audio-wizualnych, takich koncernów jak
Disney czy
Time Warner, co tylko pokazuje jak silny jest wpływ amerykańskiego show biznesu na sprawy dotyczące konsumentów kultury na całym świecie. Są to mniej przyjemne aspekty globalizacji.