Czwartek, 24 czerwca, 2010
Wynagrodzenie twórcy (3)
Łukasz Gołębiewski
Sam okres ochrony praw, określony ustawą, to jednak tylko część zagadnienia. Omawiam ten problem jedynie po to, by unaocznić jak wiele w dziedzinie ekonomii kultury zależy od ustaleń zawartych w prawie autorskim. Zwłaszcza w kontekście kultury cyfrowej, gdzie dostęp do dzieł nieobjętych copyrightem (z domeny publicznej) może być bezpłatny i nieograniczony (nie ma podstaw do pobierania opłat w sytuacji, w której nie ma technicznego kosztu wytworzenia i kosztu dystrybucji).
W przypadku utworów, które zostały opublikowane na bezpłatnych witrynach internetowych, a więc niejako udostępnione „wszem i wobec”, niezwykle trudno o ustalenie praw majątkowych. Z punktu widzenia prawa, przynależą im wszelkie prawa autorskie – zarówno osobiste, jak i majątkowe, w praktyce jednak autor niejako domyślnie zrzeka się swoich praw majątkowych, skoro utwór udostępnił na ogólnodostępnych stronach WWW. Dotyczy to np. blogów, które często mogą zresztą pochwalić się oglądalnością (liczbą czytelników) przewyższająca popularność księgarskich bestsellerów (najpopularniejsze blogi mają po ponad pół miliona wejść dziennie). Trudno sobie wyobrazić system, który przewiduje wynagrodzenia dla autora blogu za to, że jego utwór został przeczytany przez dajmy na to dwadzieścia tysięcy osób. Skoro autor udostępnił go bezpłatnie, to należy domniemywać, że przynajmniej w tej formie publikacji zrzekł się wynagrodzenia.
Problem jest nieistotny obecnie, kiedy wynagrodzenie przysługuje z tytułu sprzedaży dzieła jako przedmiotu, wytworu kultury materialnej. Blog nie ma formy materialnej, a skoro nie jest też w żaden sposób objęty płatnym dostępem, to autor nie otrzymuje wynagrodzenia, gdyż niczego nie sprzedaje. Po prostu dzieli się własnymi myślami, nie oczekując z tego tytułu wynagrodzenia. Co jednak stanie się w sytuacji, gdy zaczniemy sprzedawać kulturę w formie usługi? Czy wówczas miliony amatorów -
Wikipedia podaje (luty 2009), że w Polsce zarejestrowanych jest blisko 3 mln blogów - autorzy nie tylko blogów, ale także komentarzy na blogach, nie upomną się o należne im autorskie prawa majątkowe? Sprawę należy rozwiązać zanim w ogóle mogłoby dojść do takiej sytuacji.
Domniemanie, że utwór upubliczniony na blogu jest z natury wolny od opłat byłoby fałszywe. Jest on bowiem wolny od opłat jedynie w jednym przypadku – jeśli tak zadecyduje sam autor. Dzieje się tak przez samo upublicznienie na własnym blogu czy na publicznym forum (daję darmowy dostęp – macie, czytajcie) oraz poprzez specjalne oznaczenie możliwości wykorzystania praw (np. poprzez udzielenie licencji
Creative Commons, jak to ma miejsce choćby na przykładzie tej publikacji). Ten sam jednak utwór, który na blogu został upubliczniony bezpłatnie, może być w dowolnym momencie przez autora sprzedany, czy to w formie artykułu w czasopiśmie, czy to w formie książki, czy to w jakikolwiek inny sposób.
Oczywiście blogi to tylko jeden z wielu problemów przed jakimi staje kultura w kontekście praw autorskich. Twórczość internetowa pełna jest zapożyczeń. Weźmy choćby przykład materiałów umieszczanych na
YouTube, które pełne jest cudzych utworów. Albo coraz liczniejsze strony internetowe dedykowane ulubionym piosenkarzom, autorom, aktorom, na których są cudze piosenki, teksty, fotosy itp. Czy jest sens tego zakazywać? Czy jest sens za to karać? Zwłaszcza, że zarówno dla wydawcy jak i autora takie „zapożyczenia” często są znakomitą promocją i źródłem dodatkowych dochodów. A weźmy tak zwaną fan fiction, czyli twórczość fanów, która wykorzystuje cudze fabuły, postaci, pomysły. Jak ją klasyfikować? Amerykański teoretyk mediów, prof.
Henry Jenkins pisze:
Nikt nie ma pewności czy fan fiction jest dopuszczalnym użyciem. Obecne prawo autorskie po prostu nie przewiduje osobnych zasad postępowania z formami amatorskiej ekspresji. Definicja prawna dopuszczalnego użycia uwzględniająca interes społeczny (ochrona praw bibliotek do rozpowszechniania książek lub prawa dziennikarzy do cytowania czy naukowców do powoływania się na inne źródła) legitymizowała przywileje użytkowników, a nie prawa całej społeczności do uczestnictwa w kulturze. Obecna formuła „dopuszczalne użycie” to pozostałość po czasach, gdy niewiele osób miało dostęp do rynku idei, a ci, którzy taki dostęp mieli, należeli do ściśle określonych kategorii. Na pewno wymaga to szczegółowego przemyślenia, w miarę jak postępuje rozwój technologii, pozwalającej coraz liczniejszym grupom produkować i dystrybuować teksty kultury. Sędziowie umieją postępować z osobami zajmującymi się zawodowo produkcją i dystrybucją kultury. Nie wiedzą natomiast, co zrobić z amatorami (
Henry Jenkins,
„Kultura konwergencji”).
Prawo dopuszczalnego użycia w ogóle zmienia swój sens w sytuacji, gdy konsument w coraz mniejszym stopniu zainteresowany jest posiadaniem, a w coraz większym korzystaniem z dóbr kultury. W gospodarce obfitości, a za taką uznać możemy cyfrową dostępność wiedzy i kultury w Internecie, zmniejsza się znaczenie posiadania, ludzie często bardziej zainteresowani są dzieleniem się czy współpracą, niż prawem do własności czy wyłączności. Ta transformacja od posiadania do korzystania wymaga, z oczywistych powodów, nowego podejścia legislacyjnego do prawa do dopuszczalnego użycia. Dotyczy to także redefinicji prawa do wypożyczania, które w coraz większym stopniu będzie się wiązało z udzielaniem czasowej licencji, niż z typowym wypożyczeniem (nie bardzo wiadomo jak wypożyczać coś, co nie ma formy materialnej).
Rozważania tu zebrane dotyczą możliwych scenariuszy w przyszłości
(de lege ferenda), nie zaś stanu obecnego, dlatego pozornie mogą wydawać się bezpodstawne. Wyobraźmy sobie jednak hipotetyczną sytuację, w której autor w przyszłości czerpie dochody nie ze sprzedaży jednostkowej utworu (kultura = produkt) lecz z uczestnictwa w redystrybucji środków (np. gromadzonych przez organizacje zbiorowego zarządzania prawami autorskimi). Wówczas hipotetycznie każdy autor może chcieć sięgnąć po środki z takich funduszy. Nieważne, czy autor zawodowiec, czy amator, czy autor bloga, czy tylko autor komentarza do bloga – każdy może czuć się twórcą, a możliwości ekonomicznego mierzenia tej twórczości są nielogiczne a co za tym idzie niemożliwe. Taką przyszłą ewentualność musimy mieć na uwadze, zanim przystąpimy do rozważań nad systemami wynagradzania twórców w warunkach szerokopasmowej dystrybucji kultury.
Podkreślmy jednak – powyższe rozważania mają hipotetyczny charakter, dotyczą problemów, które mogą mieć miejsce, choć równie dobrze nie muszą wystąpić, gdyż na razie nie wiemy jakie zostaną w przyszłości przyjęte formy wynagradzania twórców.
Aby jednak uniknąć choćby hipotetycznych problemów, warto w prawie autorskim w sposób jednoznaczny określić, że szczególna sytuacja, w której autor zdecydował się bez jakichkolwiek opłat udostępnić swój utwór na stronie WWW, jednoznacznie przesądza (tak dyktuje logika), że z tytułu tej konkretnej publikacji autorowi nie przysługuje wynagrodzenie. To tak jak z rozwieszeniem własnych wierszy na przystankach autobusowych – trudno oczekiwać, by czytający je przechodnie lub komunikacja miejska zobligowane były do jakichkolwiek opłat, o ile nie została z autorem zawarta stosowna umowa. Ten sam opublikowany na powszechnie dostępnej stronie WWW utwór może oczywiście być w innym miejscu sprzedany, ale twórca nie może domagać się jakichkolwiek tantiem za tą konkretną publikację, nawet jeśli
post factum okazało się, że wzbudziła ona bardzo duże zainteresowanie odbiorców. Wydaje się to oczywiste.
Ogromna liczba dzieł amatorskich (a zaliczamy do nich, jak to już zostało powiedziane, także np. komentarze na blogach) może jednak powodować ogromne perturbacje na rynku praw i trudności w zdefiniowaniu utworu. Poza tym w większości przypadków tacy „autorzy” być może wcale nie mają zamiaru rościć sobie jakichkolwiek praw majątkowych do „autorstwa” (badania pokazują, że współtwórcom blogosfery najczęściej w zupełności wystarcza osobista satysfakcja z uczestniczenia w pewnym interesujących ich przedsięwzięciu). Obecna łatwość publikowania sprawia, że równie łatwo można naruszyć cudze prawa, a skala tego zjawiska może znacznie wykraczać poza możliwości ścigania tego typu naruszeń (tak się stało w przypadku naruszania praw autorskich w sieciach
peer-to-peer, liczba użytkowników tych sieci jest obecnie tak duża, że wyciągniecie wobec każdego, kto narusza prawa sankcji jest niewykonalne, a zatem należałoby w ogóle odstąpić od penalizacji). Dlatego rozsądne wydają się pomysły znakowania lub rejestrowania utworów, które mają być chronione autorskim prawem majątkowym. Propozycje takie przedstawił
Lawrence Lessig w swojej głośnej książce
„Wolna kultura”. Pomysł ten zakłada pewien wysiłek ze strony twórcy, a mianowicie zarejestrowanie utworu (np. w formie zgłoszeń on-line), a także odnawianie przez samego twórcę okresu ochrony. Biorąc pod uwagę jak krótko dziś żyje większość utworów (znaczna część książek nie żyje w księgarni nawet przez okres jednego roku), wydaje się to być zarówno w interesie odbiorcy, jak i – w wielu przypadkach samego autora. Dla przykładu, moja opublikowana w 2000 roku książka pt.
„Świat po Gutenbergu” nie jest wznawiana i nie będzie, gdyż dla mnie jako autora nie przedstawia dziś żadnej wartości. Nie zamierzam czerpać jakichkolwiek zysków z tytułu moich praw autorskich do zawartych tam tez. Książka ta z mojego punktu widzenia może zasilić dziś domenę publiczną. Być może kogoś zainteresuje jej treść i zechce ją powielić, nie przeszkadzałoby mi to w najmniejszym stopniu. Nikt tego jednak nie zrobi, gdyż książkę chronią prawa autorskie, i będą chronić jeszcze przez 70 lat po mojej śmierci. Nikomu nic z tego rzecz jasna nie przyjdzie. Tak samo jest w przypadku zapewne (nie badałem tego) 90 proc. utworów. Po kilku latach nie mają one żadnej wartości handlowej, a cały czas obowiązują do nich autorskie prawa majątkowe, ograniczające prawo do swobodnego korzystania z nich. Dlatego warto, by autor sam mógł decydować, po pierwsze czy chce by jego utwór w ogóle był objęty copyrightem, po drugie – jak długo ten copyright ma obowiązywać. Analizując zagadnienie czasu ochrony, prawo autorskie powinno jedynie decydować o tym, co dzieje się z utworem po śmierci autora (np. 70 lat praw majątkowych przysługujących spadkobiercom). Formalność związana z rejestracją utworu i przedłużeniem praw majątkowych (
Lessig postuluje minimalne opłaty – np. jeden dolar czy złotówka) pozwoli po pierwsze stworzyć ogólnodostępną bazę utworów chronionych (wreszcie będzie można wyeliminować problem tzw. „utworów osieroconych”, a więc takich, do których prawa autorskie nie wygasły, lecz nie można znaleźć autora lub spadkobiercy, w związku z czym nie ma możliwości wznowienia utworu), po drugie – da samym twórcom rzeczywistą kontrolę nad przysługującym im prawem majątkowym, po trzecie – pozwoli uwolnić do domeny publicznej znaczną część tych utworów, które dla samego twórcy nie stanowią handlowej wartości.