Kanał RSS
Strony partnerskie:
Crass Zbuntowane Życie Penny Rimbaud
Gazeta Literacka
Kwartalnik Literacki Wyspa
Melanże z żyletką
Najlepsze przewodniki
Notes Wydawniczy
Rynek Książki
Witold Horwath
Wydawnictwo Jirafa Roja
Wydawnictwo Primavera
Xenna Moja Miłość
Sponsorzy
Patroni medialni
Szukaj w serwisie:
O autorze Aktualności No future book E-book Varia Zamówienie Kontakt
Niedziela, 31 maja, 2009
Copyright poza kontrolą (4)
Łukasz Gołębiewski
Przepisy prawne dotyczące zakazów obchodzenia cyfrowych zabezpieczeń są wyrazem bezradności w obliczu nowej technologii rozpowszechniania treści. Warto tu nadmienić, że przepisy te ograniczają innowacyjność, są bardziej rygorystyczne niż prawo patentowe, uniemożliwiają społecznościom internetowym usprawnianie istniejącego już oprogramowania, o ile nie jest to oprogramowanie otwarte.

Sama potrzeba budowania otwartego oprogramowania (open source, którego nie należy mylić z wolnym oprogramowaniem, czyli free software), a więc takiego, w którym każdy ma możliwość ingerowania w kod źródłowy, wynikała z ograniczeń innowacyjności narzuconych przez prawo. Efektem działania otwartych społeczności programistów były nie tylko programy P2P, jak eMule, ale też tak znane i użyteczne aplikacje jak: system operacyjny Linux, przeglądarki Mozilla-Firefox, system baz danych MySQL czy pakiet biurowy OpenOffice. Z wykorzystaniem oprogramowania open source tworzone są liczne systemy edukacyjne i narzędziowe, oraz takie inicjatywy jak Wikipedia czy – wspominane w poprzednim rozdziale – polskie projekty Wolne Podręczniki i Wolne Lektury (a to tylko nieliczne z setek tysięcy przykładów). Oczywistą odpowiedzią na zakaz ingerencji w kody źródłowe i zabezpieczenia był rozwój społeczności hakerskich. „Hakowanie” to nic innego jak ingerencja w kod. Jak dotąd hakerom udawało się skutecznie obchodzić wszelkie zabezpieczenia związane z Digital Rights Management, wskutek czego nie ma obecnie możliwości skutecznego zabezpieczenia plików (czy też nagranych płyt CD) przed skopiowaniem.
Podałem te liczne przykłady, by dowieść, że restrykcyjne podejście do ograniczania transmisji on-line treści objętych prawami autorskimi nie na wiele się zdaje. A przecież wciąż jeszcze jesteśmy w epoce, w której większość dóbr kultury ma wymiar materialny (książka, płyta CD czy DVD). Co stanie się, gdy książki zostaną zastąpione przez pliki tekstowo-graficzne? Problem przybierze rozmiary zagrażające dalszemu rozwojowi nauki i kultury. Jest dla mnie oczywiste, że prawa nie mogą być bezpłatne. Trzeba zatem pomyśleć, jaki wprowadzić system skutecznego ściągania opłat zamiast próbować walczyć z technologią.
Popatrzmy na rozwiązania, jakie przyjęto w ustawodawstwie zanim na dobre nastała era Internetu. Rozwiązania te także dotyczą kopiowania i powielania, tyle że w wymiarze fizycznym, a nie wirtualnym. Obowiązująca w Polsce ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z 1994 roku przewiduje obowiązek odprowadzania opłat z tytułu produkcji lub sprzedaży zarówno urządzeń jak i nośników do utrwalania treści. Wykaz tych urządzeń, a także wysokość opłaty, określa rozporządzenie ministra kultury z czerwca 2003 roku. Opłata to w istocie ustanowiony przez ministra kultury procent od wartości, po której sprzedawane jest urządzenie lub nośnik (de facto jest to procent od przychodu uzyskanego z ich sprzedaży przez producenta lub importera). Opłata w wysokości trzech procent naliczana jest m.in. od: magnetofonów, odtwarzaczy CD z funkcją nagrywania, odtwarzaczy MP3, magnetowidów, odtwarzaczy DVD, maszyn kopiujących, czystych płyt CD/R, CD/RW, CD/DAT, DVD, kaset VHS, kaset magnetofonowych. Dwa procent płacą m.in. producenci i dystrybutorzy nagrywarek komputerowych (trudno zrozumieć ten przywilej). Opłata w wysokości jednego procenta pobierana jest m.in. od sprzedaży: dysków twardych, kart pamięci, kamer rejestrujących, maszyn skanujących w liczbie jednej kopii na minutę (im szybszy jest proces skanowania, tym opłata wyższa o 0,02 procent za każdą minutę). W grupie tej, prawdopodobnie przez niedopatrzenie, zabrakło aparatów cyfrowych, ale z punktu widzenia rozwiązań systemowych nie ma to większego znaczenia, podobnie jak fakt, że producenci i importerzy papieru kserograficznego płacą, zgodnie z tym rozporządzeniem, nieproporcjonalnie mało – zaledwie 0,001 procent przychodu. Uzyskane z tytułu opłat środki finansowe trafiają następnie (w proporcjach określonych przez ustawę) do: twórców, artystów wykonawców, producentów fonogramów, producentów wideogramów i wydawców. W przypadku książek redystrybucją zajmują się dwie organizacje zbiorowego zarządzania – stowarzyszenia Kopipol i Polska Książka.
Nie analizując zasadności takich, a nie innych, kryteriów naliczania opłat i ich podziału, te bowiem zawsze można poddawać krytyce, warto zwrócić uwagę na znaczenie tego modelu w świetle dyskusji o rozpowszechnianiu utworów objętych prawami w Internecie. Model ten zakłada swego rodzaju podatek nakładany na firmy, których działania ułatwiają powielanie dzieł kultury. Nietrudno sobie wyobrazić podobny system opłat (być może znacznie wyższych z uwagi na skalę zjawiska) nakładanych na providerów: Internetu, telewizji kablowych, a być może także na firmy telekomunikacyjne oraz producentów urządzeń typu smartphone. Być może to by wpłynęło na wyższą cenę pakietu usług dla klienta, ale w ramach tych usług klient w pełni legalnie mógłby korzystać na własny użytek z zasobów cyfrowych – niezależnie od tego, czy są one w domenie publicznej, czy też są chronione copyrightem. Moim zdaniem, klientowi i tak przyjdzie za ten dostęp niebawem płacić – czy to w formie licencji, czy abonamentu (o tym będzie mowa w następnym rozdziale), gdyż właśnie kompleksowa, abonamentowa opłata będzie prawdopodobnie jedyną możliwością egzekwowania tantiem dla twórców i dla wydawców. Zamiast walczyć z technologiami na salach sądowych, wystarczyłoby też wprowadzić system opłat pobieranych od dysponentów sieci P2P. Gdyby system ten połączyć nie z liczbą użytkowników (numery IP), lecz faktycznie ściąganych plików (lub kilobajtów), wówczas korzystanie z połączeń P2P przestałoby być całkowicie bezpłatne, za to stałoby się całkowicie legalne, a użytkownik mógłby swobodnie wybierać, w jakiej formie chce otrzymać plik. Opłaty te mogłyby być zresztą naliczane przez firmy telekomunikacyjne (tak się przecież dzieje w przypadku telefonii komórkowej, tyle że opłaty za pobrane impulsy w całości trafiają do operatora, bez opłat na rzecz organizacji zarządzania prawami autorskimi).
Te rozwiązania wydają się być palącą koniecznością w sytuacji, gdy nowoczesne urządzenia mobilne dają nam możliwość bycia on-line przez 24 godziny na dobę, niemalże w dowolnym miejscu. Sieci P2P być może z czasem całkowicie znikną, ale nie zniknie dystrybucja treści przez Internet (radia internetowe, biblioteki cyfrowe, można sobie wyobrazić kina on-line – czym innym jest zresztą interaktywna telewizja?). Przywoływany kilkakrotnie w tym rozdziale Lawrence Lessig w książce „Wolna kultura” pisze: „W sytuacji, gdy będzie niezwykle łatwo połączyć się z serwisami dającymi dostęp do treści, łatwiej będzie łączyć się z nimi, niż ściągać i przechowywać treść na wielu różnych urządzeniach, których będziemy używać do odtwarzania treści. Innymi słowy: łatwiej będzie być subskrybentem niż administratorem bazy danych. (…) Choćby nawet korzystanie z treści podlegało opłacie, serwisy oferujące treści będą rywalizować z ich wzajemnym udostępnianiem”. Aby to jednak mogło nastąpić, wcześniej niezbędne są zmiany w globalnym podejściu do licencji i zezwoleń na niekomercyjne korzystanie z praw autorskich. W wyniku wprowadzenia abonamentowych opłat rzeczywiste wpływy twórców mogą się nawet zwiększyć, w większym niż dotychczas stopniu będą też powiązane z zapotrzebowaniem na ich dzieła. Pojawi się bez wątpienia problem redystrybucji środków, tak by honorował on np. z natury swej niszowe publikacje naukowe w sposób odpowiadający ich specyfice. Z pewnością w okresie przejściowym będziemy świadkami wielu rozwiązań połowicznych, niedoskonałych, jednak każde systemowe rozwiązanie tego problemu wydaje się lepsze niż walka z technologiami, przypominająca walkę Don Kiszota z wiatrakami.
Komentarze czytelników
Wtorek, 6 lipca, 2010 BrittJanelle http://www.lowest-rate-loans.com christinatorres(at)mail15.com
Re:
The loan are essential for guys, which want to ground their organization. As a fact, it's not really hard to receive a student loan.
Dodaj własny komentarz
Pola oznaczone (*) są wymagane.
Imię / pseudo *
Tytuł *
Komentarz*
Adres e-mail
Web/GG/Skype
Kod
Wpisz kod
 
Creative
Commons License Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne 2.5 Polska
 
Profesjonalne bezpłatne statystyki www © 2007 Biblioteka Analiz Sp. z o.o.