Sobota, 10 stycznia, 2009
Druk na żądanie (2)
Łukasz Gołębiewski
Forma dystrybucji treści w formacie plików dotyczyć będzie w równym stopniu książek, co i prasy, a także płyt muzycznych, filmów DVD czy książek audio. Już dziś istnieją urządzenia do natychmiastowego „wydawania” płyt z maszyn-terminali, które w przyszłości mogą stanąć w galeriach handlowych (czym innym są istniejące w wielu krajach, także w Polsce, automaty do wypożyczania książek czy filmów DVD, które przechowują zaledwie niewielką liczbę fizycznych egzemplarzy).
Takie terminale „kulturalne” z powodzeniem mogą w przyszłości zastąpić księgarnie czy salony
Empiku. Jedno urządzenie wielkości bankomatu zastąpi kilkaset metrów półek sklepowych – oszczędność takiego rozwiązania wydaje się oczywista. Jeśli ta forma dystrybucji treści faktycznie się upowszechni, to klient będzie mógł wybierać nie z kilku tysięcy, lecz kilkuset tysięcy tytułów, znajdujących się na dyskach pamięci lub internetowych serwerach. Nie trudno też wyobrazić sobie znacznie mniejsze urządzenia domowe – drukarki, które będzie można umieścić na biurku, a z których w ciągu kilku minut otrzymamy gotową, oklejoną, książkę. Będzie to o tyle proste, że już dziś wszystkie publikacje przygotowywane są do druku w formie plików cyfrowych (postscriptowych) – najczęściej w formacie
PDF. Czytelnik będzie też mógł w przyszłości dowolnie kompilować swoje książki – złożone z cytatów, z wybranych rozdziałów, fragmentów podręczników, zestawów ćwiczeń, dołączając doń własne zdjęcia czy ilustracje.
Nie przypadkiem urządzenia do druku na żądanie wykorzystywane są już dziś przez największych na świecie dystrybutorów książek, a jednocześnie dysponentów wielkich baz bibliograficznych o tytułach dostępnych w sprzedaży, jak i nakładach wyczerpanych. Ofertę „książek na żądanie” ma zarówno największy amerykański hurtowy operator księgarski –
Ingram Book Group, jak i lider w e-handlu –
Amazon.com, który dodatkowo zgromadził wielkie zasoby książek w formacie cyfrowym. Druk cyfrowy sprawia, że znikają pojęcia nakładu wyczerpanego i przeszacowanego, żywotność książki wydłuża się praktycznie w nieskończoność – dostępna będzie tak długo, dokąd znajdują się zainteresowani nią nabywcy (obecnie większość książek znika z obiegu handlowego w okresie dwóch lat od daty wydania). Nic dziwnego, że wielcy dystrybutorzy treści upatrują w druku na żądanie szansę poszerzenia rynku zbytu.
Z ekonomicznego punktu widzenia zmiana dotyczyć będzie skali jednorazowo składanego zamówienia na produkcję poligraficzną. Wydawca nie będzie drukował tysięcy egzemplarzy, zamiast tego – udostępniać będzie za opłatą gotowe do druku (lub do nagrania na płycie z muzyką czy filmem) pliki. Zniknie zapotrzebowanie na druk offsetowy, ale też drukarnie cyfrowe w ich dotychczasowej formie stracą rację bytu. Obecnie firma taka wciąż nastawiona jest na zlecenia wydawców (niskie nakłady; w praktyce już dziś taniej jest wydrukować cyfrowo nakład nie do 500, a nawet do 1000 egzemplarzy, gdyż odpadają koszty przygotowania do druku, naświetlania folii, a także uruchomienia i nadzoru dużych maszyn offsetowych). Wraz z łatwiejszym dostępem do dóbr kultury prawdopodobnie wzrośnie ich sprzedaż (o ile wyeliminowane zostanie nielegalne rozpowszechnianie treści objętych prawami autorskimi – o tym zagadnieniu traktować będzie osobny rozdział). Wzrośnie też sprzedaż urządzeń do druku cyfrowego, domowych drukarek, tonerów, tuszy, a przede wszystkim papieru. To paradoks, że wraz z rozpowszechnieniem się treści w formie elektronicznej (Internet, e-mail, e-książka i e-prasa), wzrasta zużycie papieru. Dokumenty elektroniczne, a także korespondencja czy strony WWW, w znacznym stopniu są drukowane, w dodatku zwykle nie w celach archiwizacyjnych, lecz do jednorazowego użytku, po którym są po prostu… niszczone. Nie wiemy wprawdzie, czy upowszechnienie się e-czytników opartych o technologię
e-papieru nie zmieni i tej tendencji. Póki co jednak, papier wciąż jest najwygodniejszą formą obcowania z przekazem tekstowym.
Oczywiście sytuacja, w której każdy może „drukować się sam” i mieć własną książkę, dewaluuje jej wartość, a w szczególności społeczną rangę pisarza. Cóż z tego, że ktoś wydrukował choćby i dwadzieścia książek, skoro zrobił to sam dla siebie, bez czytelnika, bez krytyka, bez rezonansu. Czyż jednak jest w tym cokolwiek złego? Oczywiście, odzieramy książkę z części jej magii, ale przecież to tylko magia związana z technologią, a konkretnie z wysokim do niedawna kosztem wytworzenia oprawionego w okładkę egzemplarza. Obraz także każdy może sam namalować (nie mówiąc o tym, że śpiewać każdy może), co wcale nie oznacza, że ta prywatna ekspresja zostanie uznana za arcydzieło. Musimy przyzwyczaić się do tego, że sama postać druku nie jest już miernikiem niczyjego uznania dla książki i jej autora.
Jakie zmiany kulturowe pociąga za sobą technologia druku na żądanie? Możliwość niemal natychmiastowego otrzymania dowolnej książki, a także dowolnej kompilacji postawi – jak już to zostało powiedziane – pod znakiem zapytania sensowność istnienia księgarń i bibliotek. Całkowicie zmieni się sposób promowania książek. Dziś znaczna część budżetów reklamowych lokowana jest na aktywną promocję w miejscu sprzedaży (odpowiednia ekspozycja w księgarniach, ulotki reklamowe, plakaty itp.). Te środki zaangażowane zostaną zapewne w reklamę zewnętrzną oraz różne formy reklamy on-line, przy czym same treści promocyjne będą spersonalizowane w zależności od oczekiwań zatopionego w Internecie czytelnika (te dość łatwo rozpoznać, choćby śledząc „historię” jego wcześniejszych zakupów, a nawet komentarzy na blogach i innych wypowiedzi udzielanych na stronach WWW). E-czytelnik będzie miał niemal nieograniczony dostęp do dóbr masowej kultury (a także do publikacji naukowych). Jak będzie się poruszał w tym gąszczu plików i baz danych? Prawdopodobnie bez większych problemów, gdyż Internet da mu nie tylko możliwość natychmiastowego dostępu do treści, ale też do komentarzy innych odbiorców. Zagadnienia te omówimy w następnym rozdziale poświęconym przyszłości księgarstwa.